Japoński eksperyment

foto: pixabay

W ostatnim czasie pojawiło się sporo nadziei na ożywienie gospodarcze, a przynajmniej uniknięcie scenariusza głębszego globalnego spowolnienia. To nie dotyczy jednak Japonii, gdzie rząd uparcie wprowadził w życie podwyżkę podatku od sprzedaży. Efekty mogą być opłakane.

Japonia pod wieloma względami jest wyjątkowym krajem i dotyczy to także sfery gospodarczej. Legendarny japoński sukces jest już zamierzchłą przeszłością, choć bez wątpienia Japończycy nadal są społeczeństwem bogatym, co po części wynika z ich wysokiej skłonności do oszczędzania. Ta skłonność oznacza też jednak, że wiele tradycyjnych metod polityki gospodarczej tam po prostu nie działa. W 2012 roku próbował to zmienić premier Shinzo Abe, który szturmem przejął władzę, zapowiadając gospodarczy cud. Jego program opierał się na trzech filarach: ekspansji monetarnej, zmianie polityki fiskalnej oraz reformach strukturalnych. Jak to zwykle bywa najłatwiej jest wdrożyć luzowanie pieniężne i Japończycy (którzy już wcześniej ze średnim skutkiem jako pierwsi na świecie stosowali niemal zerowe stopy przez dłuższy czas) poszli tu na całość. Bank Japonii skupił już ponad połowę rządowego długu, a za pośrednictwem ETF-ów w wielu spółkach jest głównym akcjonariuszem. Efekt? Dużo słabszy jen i hossa na japońskiej giełdzie. Makroekonomicznie jednak skutki są raczej mierne – ożywienie było ograniczone i dość kruche. Tym bardziej zaskakuje fakt, że Abe postanowił wywiązać się z jednego ze swoich pierwotnych planów – podniesienia podatku od sprzedaży.

Faktem jest, że finanse publiczne Japonii są w dramatycznym stanie – zadłużenie znacząco przekracza dwukrotność PKB. Jednocześnie jednak finansują je sami Japończycy, więc sytuacji tej nie można porównać z Grecją czy innymi mocno zadłużonymi rządami. Podatek od sprzedaży pierwotnie wynosił 5% i został podniesiony do 8% w kwietniu 2014 roku (wywołując mały kryzys). Kolejna podwyżka była przekładana dwukrotnie, aż wreszcie władze zdecydowały się na nią teraz – akurat gdy globalna gospodarka (z Azją na czele) jest w kilkuletnim dołku. Nie kwestionując potrzeby zwiększenia wpływów budżetowych jest to chyba najlepszy dowód na to, jak fatalny potrafi być timing zmian gospodarczych wprowadzanych przez polityków. Efekty nie były trudne do przewidzenia: zarówno sprzedaż, jak i produkcja w październiku spadły o ponad 7%. Teraz pozostaje pytanie, czy japońska gospodarka wygrzebie się z tego dołka. Tymczasem bank centralny już myśli o… zwiększeniu dodruku.

Jak na długi weekend w USA sytuacja rynkowa jest dość dynamiczna. Dziś w Azji mieliśmy spore spadki, szczególnie w Chinach, co może obrazować obawy, że Pekin zareaguje na podpisanie przez prezydenta Trumpa ustaw wspierających protestujących w Hong Kongu. Dużo dzieje się też po drugiej stronie Oceanu Spokojnego, gdzie wczoraj kurs chilijskiego peso był najsłabszy w historii i bank centralny zapowiedział interwencje w obronie waluty.

Dziś pomimo skróconego dnia handlu w USA mamy kilka godnych uwagi raportów. Za nami już bardzo słabe dane o sprzedaży detalicznej w Niemczech (spadek z 3,4% do 0,8% r/r!). W Polsce poznamy wstępne dane o listopadowej inflacji i szczegółowe dane o PKB za trzeci kwartał (godzina 10:00). W strefie euro o 11:00 opublikowane będą wstępne dane o listopadowej inflacji, zaś w Kanadzie o 14:30 PKB za trzeci kwartał. O 9:10 euro kosztuje 4,3238 złotego, dolar 3,9278 złotego, frank 3,9331 złotego, zaś funt 5,0729 złotego.

dr Przemysław Kwiecień CFA
Główny Ekonomista XTB
przemyslaw.kwiecien@xtb.pl

Reklama

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.